25/11/2020
Serdecznie polecamy 🦷
Zachęcamy do zapoznania się z fragmentem książki pod tytułem "Bolesna historia stomatologii" autorstwa Johna Wynbrandta
Ból i stomatologia od wieków tworzyły okrutną symbiozę, pulsującą więź, która brała swój początek w zakończeniach najbardziej wrażliwych nerwów człowieka. Dziś mamy to szczęście, że przyszło nam żyć w złotej erze „bezbolesnej” stomatologii, w czasach możliwości sensorycznego odrętwienia, o które rodzaj ludzki walczył od tysiącleci.
Dla starożytnych źródłem środków znieczulających była przyroda. Odkrywali rośliny, których soki przytępiały doznania zmysłowe lub wprowadzały w odmienny stan świadomości, i przyrządzali mikstury z ich liści oraz korzeni. W rejonie basenu Morza Śródziemnego największą popularnością cieszyły się złocień i korzeń mandragory (rodzina psiankowatych). Również mieszanka wina i mandragory należała do grona powszechnie stosowanych środków znieczulających, obok zawartej w lulku czarnym hioscyjaminy, bluszczu i szczawołu plamistego. Z kolei na Bliskim Wschodzie i w krajach Orientu dla uśmierzenia bólu najczęściej sięgano po o***m. Zażywano również haszysz, natomiast w Chinach medycy czasami przepisywali marihuanę, a także stosowali podczas zabiegów akupunkturę, by w ten sposób złagodzić nieprzyjemne doznania. Pien Chico, chiński lekarz żyjący mniej więcej 300 lat p.n.e., pisał o pewnym wschodnim środku przeciwbólowym, który wydawał się niezwykle zaawansowany, nawet jak na dzisiejsze standardy:
„Odwiedziło mnie dwóch mężczyzn noszących imiona Lu oraz Chao. Podałem im kunsztownie uwarzony napój, pod wpływem którego utracili przytomność umysłu na trzy dni. Wówczas przeprowadziłem na obydwu operacje, by zbadać ich wnętrzności. Następnie wyciąłem i jednemu, i drugiemu żołądek oraz serce i wymieniłem je między nimi. Mikstura, jaką im podałem, okazała się tak wyborną, że podczas zabiegu nie wydali z siebie najmniejszego dźwięku, a po kilku dniach wypuściłem ich i w pełni zdrowia wrócili do swych domów”.
(…) Egipcjanie w późniejszym okresie zaczęli uśmierzać ból za pomocą o***m. Zawierające tę substancję makówki znajdują się na liście siedmiuset remediów wyszczególnionych w papirusie Ebersa. (…) O***m było prawdopodobnie znane również starożytnym Grekom. W Odysei Homer wspomina o otępiającym umysł napoju zapomnienia, którym Helena uraczyła gości: „Pijącym przymieszała czar taki do wina, że gniewów, smutków, zgryzot przeszłych zapomina, kiedy kto pokosztuje z zaprawnego kruża”.
Co prawda podstawowy składnik nie został zidentyfikowany, ale gdyby taki narkotyk rzeczywiście istniał, jak spekulowali niektórzy, mogła to być jakaś forma oczyszczonego o***m.
Ból stanowił dla Greków jeden z głównych medycznych problemów. Gdy odkryto na wyspie Kos i w Epidauros świątynie wzniesione na cześć Asklepiosa, znaleziono w nich osobliwą kolekcję wyrytych w kamieniu i żelazie wizerunków twarzy wykrzywionych w grymasie bólu oraz szereg modlitw opisujących dolegliwości, jakie stały się źródłem prezentowanych katuszy (od których Asklepios ich uwolnił).
Również Hippokrates wykazywał ogromne zainteresowanie kwestią uśmierzania bólu i sam, aby doprowadzić do odrętwienia kończyn przed operacją, wykorzystywał w tym celu lód i śnieg. Śmierć Sokratesa, której był świadkiem, zainspirowała go do przeprowadzenia dogłębnej analizy tego tematu:
„Cykuta, którą wypił Sokrates i która zabrała go w podróż przed oblicze Bogów, zawiera sekret będący celem naszych poszukiwań. [...] Wywołuje sen i paraliż dolnych kończyn. Pamiętam, że kiedy trucizna owa już niemal dokonała dzieła zniszczenia, Sokrates, aby sprawdzić, ile czasu go jeszcze dzieli od spotkania ze śmiercią, uniósł dłoń do ust i ugryzł ją. Z bliska przyglądałem się jego twarzy, lecz nie zauważyłem na niej choćby najmniejszej oznaki bólu. Być może stwierdzicie, iż postąpiłem niegodnie, zwracając uwagę na takie szczegóły w chwili, gdy czuwałem przy łożu śmierci konającego geniusza, lecz Sokrates, który umiłował ludzi, z pewnością właśnie tego by sobie życzył. Gdybyśmy zdołali oczyścić cykutę, tak aby pozbyć się jej śmiertelnych właściwości, być może wreszcie znaleźlibyśmy rozwiązanie zagadki, którego od tak dawna szukamy”.
Rzymianie również eksperymentowali ze środkami przeciwbólowymi, czasami ze śmiertelnym skutkiem. Jedna ze stosowanych przez nich metod polegała na uciskaniu tętnicy szyjnej po to, by obniżyć przepływ krwi w całym organizmie, tym samym wywołując utratę przytomności. W niektórych, najbardziej nieszczęśliwych przypadkach mózg na dobre przestawał funkcjonować.
Galen podczas ekstrakcji w charakterze środka znieczulającego wcieranego w zęby i dziąsła stosował marynowany korzeń złocienia. Żrące właściwości aplikowanej przez niego mikstury poza tym, że uśmierzały ból, najprawdopodobniej niszczyły i osłabiały ozębną oraz tkanki utrzymujące ząb w zębodole. Jej działanie było tak silne, że sąsiednie zęby musiał pokrywać warstwą wosku, by nie dopuścić do ich wypadnięcia. Po użyciu mikstury, jak sam twierdził, mógł bez problemu wyrwać ząb samymi palcami.
Mandragora zaliczała się do grupy podstawowych środków znieczulających i stanowiła główny składnik podobnego do mikstury Galena paraliżującego nerwy naparu nasennego popularnego za czasów panowania Nerona. Pliniusz Starszy, kronikarz, który nieraz w swoich relacjach mijał się z prawdą, pisał, że mandragora występuje zarówno w żeńskiej, jak i męskiej formie, i to błędne przekonanie pokutowało jeszcze przez wiele lat po upadku Cesarstwa Rzymskiego. Z tej właśnie przyczyny średniowiecznych poszukiwaczy mandragory ostrzegano przed potwornym wrzaskiem, jaki wydaje roślina, kiedy wyrywa się ją z ziemi. Radzono im, by zatykali „uszy gętym woskiem pszczelim”. Następnie należało „usunąć ziemię znajdującą się dookoła rośliny, przywiązać długi sznurek do psiego ogona – ważne, by był to pies niedomagający albo przynajmniej bardzo mały i bezużyteczny – drugi zaś jego koniec do mandragory, po czym kopnąć parszywego kundla w przyrodzenie. Gdy ten podskoczy niczym rażony piorunem, korzeń wyda z siebie przerażający okrzyk, a wówczas to pies oszaleje lub padnie trupem”.
Pliniusz pisał również o mistycznym Lapis memphitis, czyli kamieniu z Memfis, który ponoć działał jako środek przeciwbólowy, jeśli pocierało się go o skórę zwilżoną uprzednio cierpkim winem. Pomijając zupełnie bezużyteczne dodatki do mikstur, środki znieczulające stosowane pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery niewiele różniły się od tych używanych przez Rzymian. Najczęściej przepisywanym kojącym ból antidotum – w postaci napoju lub talizmanu – była mieszanka o***m, glistnika (należącego do rodziny makowatych), szafranu, łoju jaszczurki, szpiku kostnego i ludzkiego tłuszczu.
Wraz z powolnym wybudzaniem się Europy ze średniowiecznego odrętwienia zaczęły pojawiać się nowe metody deprywacji sensorycznej. W 1220 roku Hugo de Lucca wprowadził do użytku spongia somnifera, czyli gąbki nasenne. Żeby przygotować taką gąbkę, należało nasączyć ją roztworem o***m, szczawołu plamistego, lulka czarnego, mandragory, nasion sałaty oraz innych dodatków o silnym działaniu, a następnie wysuszyć na słońcu. Przed zabiegiem moczono ją w gorącej wodzie i przykładano do nozdrzy pacjenta. Kiedy przychodziła pora, by go ocucić, zdejmowano mu z twarzy gąbkę i zastępowano ją płótnem nasączonym octem. Ta me- toda znieczulenia była stosowana przez Guya de Chauliaca oraz wielu innych chirurgów.
Mniej więcej w tym samym okresie w dziedzinie anestezji dokonał się postęp, gdyż od naturalnych środków znieczulających zaczęto przechodzić do sztucznych, wyprodukowanych przez człowieka substancji chemicznych. Zwieńczeniem tych poszukiwań było odkrycie eteru. Do grona jego pierwszych odkrywców zalicza się dwóch dwunastowiecznych uczonych: arabskiego chemika Jabira oraz katalońskiego zakonnika i alchemika Rajmunda Llulla (1235–1315). Obaj najprawdopodobniej „natknęli się” na eter przez przypadek, próbując uzyskać złoto z metalu nieszlachetnego. Llull, odkrywszy znieczulające właściwości substancji, określił ją mianem „słodkiego witriolu”. Jednak reszta świata pozostała nieświadoma jego potencjału na polu walki z bólem, w efekcie przez kolejne wieki zupełnie niepotrzebnie, i rzadko kiedy w ciszy, cierpiąc katusze.
Paracelsus, z którym już się spotkaliśmy przy okazji wiel- kiego stosu podpalonych przez niego książek w Bazylei, na początku xvi wieku odkrył, zupełnie niezależnie od swoich poprzedników, właściwości eteru. A stało się to podobno w trakcie zupełnie innego eksperymentu: zmieszawszy kwas siarkowy z alkoholem, zaczął podgrzewać miksturę. Gaz, który wytrącił się pod wpływem temperatury, dotarł mu do nosa i lekko go odurzył, dzięki czemu zdał sobie sprawę z jego potencjału. Zachęcony tym odkryciem, zaczął eksperymentować na kurach, które, jak się okazało, dało się uśpić za pomocą eteru. A jednak środowisko medyczne i stomatologiczne wciąż ignorowało jego przeciwbólowe możliwości.
Świat Zachodu dostał jeszcze jedną szansę wykorzystania eteru, gdy w 1542 roku po raz kolejny został on odkryty przez Valeriusa Cordusa, który nadał mu nazwę oleum vitrioli dulce, przywodzącą na myśl termin zastosowany przez Llulla. Dopiero w 1730 roku pewien angielski chemik określił go mianem eteru.
Dlaczego tak długo nie dostrzegano jego zbawiennych właściwości? Zdaniem niektórych działo się tak dlatego, że ci, którzy zadawali ból, w przeciwieństwie do cierpiących pacjentów nie wykazywali większego zainteresowania jego uśmierzaniem. Co więcej, nawet pod koniec xix wieku, gdy eter zyskał już powszechną akceptację, niektórzy lekarze wciąż nie chcieli go stosować, twierdząc, iż ból stanowi niezbędny czynnik pozwalający organizmowi przetrwać zabieg.
W związku z brakiem innych środków znieczulających na horyzoncie badań naukowych z początkiem XVII wieku powrócono do znanej już metody paraliżowania nerwów za pomocą zimna. Jednak pomimo o***m, eteru, gąbek oraz lodu wyeliminowanie potwornego bólu wywołanego ekstrakcją pozostawało poza zasięgiem możliwości ówczesnej dentystyki.